orthodoxblack 0 Report post Posted 6 hours ago Był zwykły czwartek, jeden z tych, które ciągną się niemiłosiernie i nie widać ich końca. Siedziałem w biurze, patrzyłem w monitor, a przede mną wirowały arkusze kalkulacyjne. Godzina 15:30, do weekendu daleko, a w głowie tylko jedna myśl – jak powiedzieć synkowi, że znowu nie pojedziemy do Energylandii. Obiecywałem mu od roku. Mówiłem: "Synku, jak tylko uzbieramy, to lecimy". A on co miesiąc pytał: "Tato, już uzbieraliśmy?". I co miesiąc musiałem spuszczać wzrok i mówić, że jeszcze nie. Firma, w której pracowałem, od roku nie dawała premii, raty rosły, a każdy miesiąc kończył się mniej więcej na zero. Energylandia – bilety, dojazd, jedzenie, jakieś pamiątki – to wydatek 600-700 złotych. Dla jednych drobne, dla nas w tamtym momencie przepaść. Siedziałem w tym biurze i czułem się jak najgorszy ojciec na świecie. Wziąłem telefon do ręki, żeby przewinąć Facebooka i jakoś odciągnąć myśli. Włączam, a tam między zdjęciami czyjegoś obiadu a filmikiem z kotem wyskakuje reklama. "Odbierz bonus vavada i graj z dodatkowymi środkami". Pomyślałem: "Stary, jesteś tak zdesperowany, że chcesz grać w kasynie, żeby zabrać dziecko do parku rozrywki?" Ale z drugiej strony – co mi szkodziło chociaż sprawdzić? Kliknąłem. Strona otworzyła się błyskawicznie. Ładna, nowoczesna, wszystko po polsku. Zarejestrowałem się w minutę, potwierdziłem maila i na koncie pojawiło się 30 złotych – za darmo, bez żadnej wpłaty. Trzydzieści złotych. Do Energylandii daleko, ale zawsze to początek. Zacząłem przeglądać gry. Było tego mnóstwo, ale ja, kompletny laik, wybrałem coś prostego – automat z owocami, takie klasyczne wiśnie, cytryny, siódemki. Postawiłem 2 złote. Przegrałem. Kolejne 2 złote. Przegrałem. Trzecie, czwarte, piąte. Konto stopniało do 18 złotych. Pomyślałem: "No i po co mi to było? Mogłem sobie darować". Ale coś mnie tknęło. Przeszedłem do innej gry, takiej z motywem przygodowym, "Book of Dead" się nazywała. Egipskie klimaty, faraonowie, grobowce. Postawiłem 5 złotych. I nagle ekran eksplodował. Symbole zaczęły znikać, pojawiły się darmowe spiny, a na środku wyskoczył symbol książki. Kręcę pierwszy spin – nic. Drugi – nic. Trzeci, czwarty, piąty – dalej nic. Przy szóstym coś drgnęło. Symbole zaczęły się rozszerzać, wypełniać całe bębny, a licznik wygranej skoczył do 150 złotych. Siódmy spin – 80 złotych. Ósmy – 40. Dziewiąty – znowu 150. Dziesiąty – 200. Bonus zamknął się na kwocie 670 złotych. 670 złotych z 5, z bonusu za rejestrację! Siedziałem w tym biurze, gapiłem się w telefon i nie mogłem uwierzyć. 670 złotych. Tyle właśnie kosztowała nasza wymarzona wycieczka do Energylandii. Wypłaciłem 650 od razu, zostawiłem 20 na potem. Czekałem. Minęło 20 minut, dostałem SMS z banku. 650 złotych na koncie. Prawdziwe pieniądze. Pamiętam, że uśmiechnąłem się pierwszy raz od tygodni. Resztę dnia przeleciałem jak z bicza strzelił. Wróciłem do domu, a syn już czekał z tym swoim pytającym wzrokiem. Powiedziałem: "Synku, pakuj się, w sobotę jedziemy do Energylandii". Myślał, że żartuję. A ja pokazałem mu bilety zarezerwowane w telefonie. Skakał z radości tak, że mało nie rozwalił lampy. W sobotę rano wyruszyliśmy. Spędziliśmy w Energylandii cały dzień. Hyperion, Zadra, Formuła – na wszystkich rollercoasterach po kilka razy. Syn wrzeszczał ze szczęścia, ja wrzeszczałem ze strachu, ale było cudownie. Lody, pizza, wata cukrowa, pamiątki. Wróciłem do domu zmęczony, ale szczęśliwy jak nigdy. I wiecie co? Największą wygraną nie były te pieniądze, tylko ten dzień. Ta radość w oczach syna, te jego okrzyki, te wspólne chwile. To było coś, czego nie kupi się za żadne pieniądze. Ale to akurat kupiłem za wygrane. Czy gram dalej? Tak, ale z głową. Wpłacam 100 złotych tygodniowo, gram dwie godziny, a jak wygram więcej niż 300, to wypłacam nadwyżkę. I zawsze sprawdzam, czy są jakieś nowe promocje, może jakiś bonus vavada, bo to jest moja ulubiona opcja – grać z dodatkowymi środkami, zwiększać szanse. Teraz, jak patrzę na zdjęcia z Energylandii, to często myślę o tamtym czwartku, o biurze io bonusie, który zmienił nasz weekend. I choć wiem, że nie każdy ma tyle szczęścia, to ja akurat trafiłem w swój dzień. A ten dzień nazywał się czwartek, 15:30 w pracy, i bonus vavada. Share this post Link to post Share on other sites